Wychodzenie ze strefy komfortu – czy zawsze warto przekraczać swoje granice?

Na pewno znasz ten obrazek, który zachęca do wychodzenia ze swojej strefy komfortu:

Wychodzenie ze strefy komfortu nie zawsze prowadzi do strefy magii

Wygląda całkiem sensownie. To, co znamy jest miłe i ciepłe. W swojej strefie komfortu czujemy się dobrze. I bezpiecznie. Z kolei „magia” to te wszystkie rzeczy, które są z jakiegoś powodu dla nas niedostępne, ale atrakcyjne. Gdy oglądasz filmik na youtubie, na którym ludzie jeżdżą „na dziko” na nartach, i pomyślisz „ale to musi być fajne”, „to mogłabym być ja” – to jest właśnie reprezentacja Twojej magii. Dla niektórych to będą skoki na spadochronie, a dla innych wyjście w piątek na imprezę (zamiast leżenia w łóżku z książką). Nie ma jednej definicji magii, tak jak nie dla każdego strefa komfortu jest tym samym.

Wychodzenie ze strefy komfortu

Na ogół jest tak, że wejście to strefy magii nie jest bezbolesne – bo jeśli jestem zwierzęciem kanapowym, to wyruszenie na weekend w góry po to, żeby jeździć na nartach, wcale nie jest prostym zadaniem. Trzeba wszystko zaplanować, wymyślić, zmienić swoje typowe zachowanie. Ufff. Droga do „magii” prowadzi przez kręte trasy. I czasami wymaga mapy.

Jest wiele ćwiczeń, które maja pomóc nam w wychodzeniu ze swojej strefy komfortu. Ich zadaniem jest przygotowanie do robienia czegoś nietypowego, dziwnego, co może spotkać się z różnymi reakcjami otoczenia. Taki zestaw ćwiczeń opisała w bardzo fajny sposób Marta, autorka bloga Veganama (ZOBACZ), gdy dołączyła do wyzwania Comfort Zone Crusher. Zadania, które muszą wykonać uczestnicy wyzwania to na przykład zrobienie sobie selfie z nieznajomym albo położenie się na ziemi w miejscu publicznym. Czyli fajne ćwiczenia, które pozwalają się przełamać i trochę odciąć od tego, co pomyślą o nas inni, gdy zrobimy coś dziwnego albo nietypowego. Jak dla mnie – bomba.

Wydaje mi się jednak, że najciekawsze zaczyna się potem: gdy wychodzenie poza strefę komfortu nie dotyczy już tylko robienia zadań z internetowego wyzwania, ale naszego (MOJEGO WŁASNEGO OSOBISTEGO) codziennego życia.

Wprowadzanie zmian powoduje, że musimy wyjść z ciepłego, miłego miejsca, w którym czujemy się po prostu dobrze i które świetnie znamy. Dzięki tej decyzji możemy trafić do strefy magii. Brzmi świetnie, prawda?

Witaj w świecie magii

Pamiętam kilka takich zadań, które zrzuciła na mnie praca. Tu muszę dodać, że należę do grupy pracowniczek, które czują dużą odpowiedzialność za projekt. Działam wedle zasady: coś idzie źle, więc trzeba to naprawić, kogoś zastąpić, działać. Nie myślę o konsekwencjach, BHP, zakresie moich obowiązków, tylko robię.

Dzięki temu podczas międzynarodowego festiwalu teatralnego musiałam stanąć na scenie, przed widownią liczącą około 400 osób i przez mikrofon opowiedzieć, w jaki sposób korzystać ze słuchawek, w których widzowie słyszeli głos tłumacza. I musiałam to powtórzyć podczas 8 spektakli. Dodam, że na widowni siedziały osoby będące moimi autorytetami. Nie mogłam tego zawalić. Tak naprawdę nie musiałam tego robić, ale nikt nie pomyślał o tym wcześniej, więc ktoś (JA) musiał uratować sytuację. To zadanie całkowicie przekraczało moją strefę komfortu: nie tyle w kwestii wystąpienia przed publicznością, ale przed TAK LICZNĄ I ZNAMIENITĄ grupą. Nogi miałam jak z galarety, wątpiłam, czy w ogóle wydobędę z siebie głos. Ale jak weszłam na scenę, to działałam jak zahipnotyzowana. Było świetnie. I po spektaklu zebrałam masę gratulacji i przemiłych komplementów. Genialne uczucie.

Zdarzyło mi się też prowadzić koncert muzyki alternatywnej. Nie dlatego, że chciałam. Ani trochę. Po prostu chłopak, który miał go prowadzić za bardzo…. „popłynął” i nie mógł. A moja szefowa na samą myśl o występie przed publicznością na scenie robiła się blada. Trzeba więc było działać. I tak: nieprzygotowana, ale z wielką pomocą od zespołów, które łączyły się ze mną w bólu, poprowadziłam koncert muzyki alternatywnej. I też było fajnie. Nikt nie zauważył moich braków w wiedzy, publiczność chętnie współpracowała. Kolejna bariera przełamana.

Czyli jak pokazują te przykłady, przekraczanie własnych granic bywa fajne. I pozwala obudzić w sobie czasem uczucie spełnienia. Ale czy zawsze?

Jeśli nie magia, to co?

W zanadrzu mam trzecią historię, tym razem z życia prywatnego, która niekoniecznie wpisuje się w ten nieco cukierkowy obraz przekraczania własnych granic. Odkąd byłam nastolatką czytałam o tym, że dziewczyny mogą zaproponować chłopakowi randkę. I całkowicie zgadzam się z tym, że oczywiście, że tak! Dlaczego miałyby być bierne? Najczęściej spotykanym argumentem jest: odważ się. W końcu co najgorszego może się stać? Najwyżej chłopak odmówi. Nic wielkiego się nie stanie!

Na logikę – święta racja. No nic się nie stanie. A może jednak?

Wychodzenie ze strefy komfortu nie zawsze prowadzi do strefy magii

Pewnego dnia postanowiłam posłuchać tej rady. Zadzwoniłam do chłopca, z którym od miesięcy flirtowaliśmy i niezobowiązująco powiedziałam, że wygrałam 2 bilety do kina i może miałby ochotę się ze mną wybrać na jakiś film. I stało się coś, czego mimo wszystko się nie spodziewałam: odmówił. Bardzo miło, grzecznie i nawet sensownie, w żaden sposób mnie nie urażając. Czyli niby nic się nie stało. Tylko, że moja pewność siebie się wtedy zawaliła.

To wyjście ze strefy komfortu skończyło się dla mnie ogromnymi rysami na poczuciu własnej wartości. Nie tylko już nigdy więcej nie zaprosiłam żadnego chłopaka na randkę, ale też na wiele miesięcy zamknęłam się na wszelkie opcje randkowania. Przez jedno głupie „nie”. Przez to, że myślałam, że jestem gotowa, choć nie byłam. Przez wyjście ze strefy komfortu, które zamiast do strefy magii poprowadziło mnie w stronę zamknięcia. Które sprawiło, że zgubiłam mapę z drogą powrotną i musiałam znowu zaczynać prawie od zera.

Czy to znaczy, że nie warto ryzykować? Nie! Jak najbardziej warto. Ale trzeba wiedzieć, kiedy pozwoli to na kontakt z magią, a kiedy wrzuci nas w strefę koszmaru.

Czyli wracamy do punktu wyjścia przy wszystkim, co prowadzi do samorozwoju: dobre poznanie siebie, swoich granic, preferencji, strachów.

Oczywiście są osoby, które lubią być rzucane na głęboką wodę i porażki nie robią na nich wrażenia. Jednak to raczej nie moja bajka. Ja lubię małe kroki, powolne zmiany, ewolucję zamiast rewolucji. Jeśli jesteś podobna do mnie, to zawsze polecam zadać sobie pytanie: czy to będzie dla mnie dobre? Jeśli masz poważne wątpliwości – może lepiej poczekać na bardziej odpowiedni moment?

.

Bardzo jestem ciekawa Waszych doświadczeń z wychodzeniem ze strefy komfortu. Co się sprawdza? A co Was stopuje?

.

 

Daria

  • Martyna Wiśniewska

    Trochę się zgadzam, trochę nie. Oczywiście, wychodzenie ze strefy komfortu otwiera nam okna szerzej, pozwala nam na inny punkt widzenia. Czasem nadajemy tej prostej zbyt wielką wartośc i zamiast przełamując swoje bariery, o których piszesz, właśnie chcemy skakać ze spadochronem, kiedy nie lubimy latać. Dla mnie wychodzenie ze strefy komfortu to tylko i wyłącznie rozwój poprzez zmianę. Zmiana często jest dyskomfortem, często jest bolesna, ale przeogranizowuje życie, dając nadzieję na lepsze. Tutaj się zgadzamy:)
    A z tym chłopakiem, to nie do końca tak według mnie. Paradoksalnie, budując oczekiwania wobec udanej randki, nie wychodzimy ze strefy komfortu. Bo komfortem, jest fakt, że wszystko idzie według ułożonego, planu/schematu. Wszystko jest przewidziane. Czy więc możemy wychodzić, ze strefy komfortu w sprawach tak osobistych? Myślę, że tak. Jedynie, jednak wtedy gdy, umiemy być gotowe na tu i teraz i na docenienie siebie samej. Nawet jak odmówi, to jestem z siebie dumna bo spróbowałam, odważyłam się, następnym razem będę gotowa na swoje odczucia-jak to jest gdy ktoś mnie odmawia. Każde wychodzenie ze stredy komfortu, każda zmiana może nas boleć, ale to też nas czegoś uczy, czasem nawet dużo więcej:)
    Dlatego, nie zniechęcajmy się! Wychodźmy ze strefy komfortu w tych najmniej komfortowych sytuacjach, dla siebie:)

    Pozdrowienia:)

    • Dla mnie wyjściem poza moją strefę komfortu było zaproszenie chłopaka na randkę, a nie oczekiwania wobec samej randki – nigdy wcześniej tego nie robiłam i było to baaardzo daleko poza tym, co uznałabym za komfortowe i przyjemne.
      Fajnie, że dla Ciebie spotkanie się z odmową było nadal czymś pozytywnym. Sama się tego spodziewałam – myślałam dokładnie tak jak Ty: nawet, jak odmówi, to przynajmniej się odważyłam. Niestety realna sytuacja nie przyniosła mi nic dobrego. Poza tym, o czym piszę na końcu: nauczyłam się, że aby wychodzić ze strefy komfortu trzeba dobrze znać swoje granice. Ale wolałabym się tego nauczyć w mniej bolesny sposób, bo odbudowanie pewności siebie sporo mnie kosztowało (i nie było warte ceny, którą zapłaciłam przekraczając tę granicę).
      Tak że w mojej opinii: wychodźmy ze strefy komfortu (jak najbardziej!), ale z głową – żeby jej nie stracić 😉

  • Ja ostatnio wychodzę. Czasem prosto na beton. Wtedy się podnoszę i idę dalej. I znowu wychodzę. I dzieje się magia. Przeplatana tymi upadkami, ale jest jej tyle, że magiczny pył szybko leczy obdarte kolana! Jako osoba panicznie bojąca się latać kupiłam ostatnio bilet i poleciałam do Buenos Aires szukać tej magii w tangu. I znalazłam. Potem założyłam bloga, który nijak się ma do mojego zawodu czy wykształcenia, obecnie planuję zmienić zupełnie swoje życie, pracę, być może miejsce zamieszkania. I wiem, że po drodze wiele razy uderzę o beton i będzie bolało. Ale co z tego?

  • Julian | Kultura Coachingu

    Bardzo inspirujące.
    Trochę zastanawia mnie mówienie o „strefie magii”, bo pachnie mi to… ideologią. Tam nie wg mnie nie ma magii, tylko weryfikacja, „reality check”. Jak ktoś się weryfikuje i mu się podoba to, jak rośnie we własnych oczach, to pewnie zaraz nazwie to magią. Ale kuszenie nią nie bardzo mi odpowiada. Bo tam są też różne nauki, w tym gorzkie porażki.
    A niektóre lekcje – jak Twoja – bolą.
    A inne mogą kosztować za dużo, gdy ze „strefy wyzwania” wejdzie się do „strefy paniki”.

    Pamiętam fajne szkolenie na temat coachingu sportowego, gdzie (odtwarzam z pamięci) było sporo stref, a raczej granic: komfortu, kondycji, zdrowia, a na końcu życia. I tym się różni ten gatunek coachingu od pozostałych: tamte są na skraju komfortu (poćwiczę trochę i już mam sukces), a ten na granicy utraty zdrowia i życia, gdzie doprowadza się organizm do skrajności, w grę wchodzą milisekundy, ryzyko jest najpoważniejsze. To taki luźny kontekst, jaki mi przyszedł do głowy 🙂

    • Dzięki Julian.
      To też ciekawe zagadnienie: jakie granice jesteśmy w stanie przeskoczyć i w jakim celu. Co kiedy coaching sportowy wchodzi w życie sportowców amatorów? Co kiedy niektóre granice dotykają bliskie nam osoby, a nie tylko nas?
      Fajny komentarz na poranne rozmyślania 😉

      • Julian | Kultura Coachingu

        Z perspektywy klienta: to klient jest odpowiedzialny za stawiane sobie cele i ich realizację.
        Z perspektywy coacha: odpowiedzialny jest za to, żeby cel urealniać, a następnie w odniesieniu do niego urealnić sytuację obecną oraz pomóc zaplanować ścieżkę kolejnych kroków.
        Więc coach sportowy nie rzuci nikogo na największą skocznię, tylko sprawdzi, dlaczego dotarcie na nią jest celem, a następnie pomoże w stworzeniu planu działania.
        A w kwestii dotykania innych osób, ale też np. prawa – coach powinien zadbać o tzw. „ekologię”, czyli żeby planowane działania były _jednocześnie_ w zgodzie z klientem, jego otoczeniem bliższym i trochę dalszym, a także ogólnie przyjętymi zasadami (niektóre są stopniowane; prawo nie, a obyczajowość tak; nie chodzi o to, żeby się doginać, ale żeby wziąć pod uwagę i podjąć świadomą decyzję).

  • Zadałabym pytanie – dlaczego chcę wyjść ze swojej strefy komfortu. Może nie jest aż tak komfortowa, jak mi się wydaje?

    • Fajna uwaga! Pewnie bywa tak, że strefa komfortu zaczyna nas uwierać. No i wtedy możemy albo z niej wychodzić, albo coś w niej pozmieniać.

  • Tak. Nie da się wszystkiego zamknąć w proste ramy – warto, nie warto. Takie rozstrzyganie w ogóle nie ma sensu. Bardzo inspirujący post.

    • Dziękuję, bardzo się cieszę!

      A jakie Ty masz podejście do wychodzenia ze strefy komfortu? Często się ma to decydujesz?

  • Zawsze uważałam, że warto wychodzić poza strefę komfortu (z praktyką było już różnie), że dzięki temu mamy szansę na doznanie czegoś lepszego. Po Twoim poście trochę zrewidowałam swoje poglądy. Dał mi mocno do myślenia. Spojrzałam na to zagadnienie z innej strony. Bardzo wartościowy post, dlatego poleciłam go u siebie na blogu.

    • Nawet nie wiesz, jak miło mi to słyszeć – dziękuję ♡ ♡ ♡
      Masz za sobą jakieś fajne doświadczenia przekraczania granic?

      • Chyba najodważniejsze było wybranie się na wakacyjnego Erasmusa. I zdecydowanie nie żałuję:)

        • Jak ja pamiętam swój wyjazd na pierwszego Erasmusa: rok 2004, nie ma mediów społecznościowych, nie ma internetu w telefonie, pierwszy samodzielny lot samolotem, pierwszy lot samolotem z przesiadką… Myślałam, że zejdę na serce 😉
          Ale nic mnie tak nie otworzyło na świat – a teraz niestraszny mi samodzielny lot nawet na inny kontynent 🙂