2017 rok po mistrzowsku, czyli w co warto zainwestować czas i pieniądze

Kiedyś miałam taki plan, żeby raz w miesiącu przedstawiać Ci moich ulubieńców – czyli to, co kupiłam, czego używam. Podchodziłam do tematu kilka razy, ale zawsze napotykałam ten sam problem: upraszczając życie za wiele się nie używa. I ulubione rzeczy się nie zmieniają tak często, żebym mogła o tym pisać raz w miesiącu albo raz na kwartał.

Dlatego zdecydowałam się zawrzeć wszystko, co kupiłam, dostałam albo znalazłam (i co zostaje ze mną na dłużej!) w tym tekście podsumowującym 2017 rok. Oprócz rzeczy w zestawieniu znajdują się dwie osoby, które też poznałam w zeszłym roku i które są aktywne w sieci – więc i Ty możesz poznać ich pracę.

Wszystko poniżej uważam za świetną inwestycję. To rzeczy, które ułatwiają i uprzyjemniają moją codzienność. Bardzo je polecam – mam nadzieję, że znajdziesz coś dla siebie.

Listę podzieliłam na kilka kategorii, żeby łatwiej było Ci się w nich odnaleźć. Na pierwszy ogień pójdzie kuchnia, a potem szafa, kosmetyczka, książki, zdrowie, przyjemności, a na deser – ludzie.

Kuchnia

Wolnowar

To mój kuchenny ulubieniec. Długo się nad nim zastanawiałam, bo nie wiedziałam, czy na pewno potrzebne mi jeszcze jedno urządzenie kuchenne. Wszak zajmuje sporo miejsca, a nie byłam przekonana, czy będę często z niego korzystała. Zdecydowałam się na prosty model, bez timera – nie chciałam wydawać zbyt dużo pieniędzy na coś, co chcę głównie przetestować.

Teraz już wiem, że to był świetny zakup. Jedzenie z wolnowaru smakuje genialnie. A sam wolnowar oszczędza mi sporo czasu w kuchni. Na razie na blogu pokazałam jeden przepis z wykorzystaniem wolnowaru [ZOBACZ], ale na pewno będzie ich więcej, bo w kuchni roślinnej sprawdza się świetnie.

Na temat wolonowaru przygotuję osobny wpis – i wtedy go tu zalinkuję.

Gastroback, czyli moja osobista herbaciarka

Dostaliśmy go z Jużmężem w prezencie ślubnym (ale z adnotacją, że w razie rozwodu zostaje mój ?). To urządzenie, które marzyło mi się od dłuższego czasu, ale cena zwalała mnie z nóg i nie mogłam się przekonać do zakupu. Od czego ma się więc przyjaciół ♡

Gastroback to czajnik i urządzenie do robienia herbaty w jednym. Ja muszę jedynie zdecydować, jakiej herbaty chciałabym się napić – zielonej, czarnej, a może ziół – a Gastroback sam dobiera temperaturę wody, automatycznie zanurza i wynurza koszyczek z herbatą, a do tego utrzymuje ją ciepłą po przygotowaniu.

Chociaż opis w moim wykonaniu nie brzmi oszałamiająco, to w Gastrobacku jestem zakochana i czuję się z nim… sama nie wiem… luksusowo? Maszyna za mnie robi herbatę, dobiera temperaturę wody, nie muszę o niczym pamiętać. Naprawdę czuję, że to urządzenie dba o mój komfort. Do tego herbata parzona w nim smakuje nieziemsko. Goryczka znika, pozostaje tylko przyjemność picia.

Oatly iKaffe

Markę Oatly poznałam tuż po przeprowadzce do Szwecji – tutaj mleka i inne owsiane zastępniki nabiału są dostępne właściwie w każdym sklepie spożywczym. Oatly wyróżnia się znakomitymi składami. W zasadzie w ulubieńcach 2017 (i każdego innego) roku mogłabym wyróżnić każdy ich produkt, ale jest jeden szczególny. To Oatly iKaffe, czyli mleko dla baristów. Po podgrzaniu robi się gęstsze, a ubite daje nieprawdopodobnie gęstą piankę. Ciężko mi wyobrazić sobie kawę bez niego [ZOBACZ].

pani swojego czasu

Najlepsze jest to, że jeśli kawiarnia w Sztokholmie ma w ofercie mleko inne niż krowie (a prawie każda ma), to najczęściej jest to właśnie iKaffe – czyli można się delektować boską wegańską kawą zawsze i wszędzie. Nawet w studenckiej stołówce.

Szafa

Fotochromy, czyli nowoczesna wersja okropieństwa lat 90.

Kolejna rzecz, nad którą wahałam się długo. Wiedziałam, że okulary z soczewkami fotochromowymi zamówiła sobie moja siostra, która ma absolutnie świetny gust. Ale ja w głowie miałam wyobrażenie fotochromów z lat 90., które należały do mojego taty. Takie pożółkłe szkła, w których zawsze wyglądało się źle. Nawet na słońcu, gdy teoretycznie zamieniały się w szkła przeciwsłoneczne. Wtedy postanowiłam sobie po cichu, że nigdy przenigdy nie dam się przekonać do noszenia fotochromów.

Nie przyszło mi do głowy, że w roku 2017 coś mogło się zmienić. Gdy zobaczyłam nowe okulary siostry, to od razu wiedziałam, że chcę je mieć!

pani swojego czasu

Teraz fotochromy mogą być nawet lustrzane! W różnych kolorach. Ja wybrałam zielone lustrzanki i jestem w nich zakochana. Noszę je non stop od końca lata [ZOBACZ]. Były ze mną na wakacjach w Grecji, towarzyszą mi podczas biegania, spacerów w zimie. Są bardzo wygodne – pozbawiły mnie konieczności noszenia ze sobą okularów przeciwsłonecznych. Gdy wychodzi słońce same się przyciemniają, a ja nie mrużę oczu. I wyglądają świetnie!

Jedyny minus: przez kilka minut po zejściu ze słońca pozostają przyciemnione. Więc czasem w pracy przez chwilę wyglądam jakbym chodziła w okularach przeciwsłonecznych. Ale po około 10 minutach problem znika. Do przeżycia.

Kosmetyczka

Make Me Bio

Przez wiele lat nie znałam się na kosmetykach. Lubiłam je kupować, ale nie zastanawiałam się, czy mi służą. Zmiana przyszła wraz z zainteresowaniem kuchnią roślinną, dbaniem o ciało i naturalną pielęgnacją. Zaczęłam obserwować skórę – co mi służy, a co niekoniecznie.

Szczególnie ciekawym odkryciem było to, że niektóre kremy, nawet te z wyższej półki mogą zapychać pory, choć skład jest dobry. Metodą prób i błędów odkryłam kremy, które mnie nie zapychają i czuję, że dobrze robią mojej skórze. To wszystkie kremy polskiej marki Make Me Bio. Zaczęłam od testowania tych do cery problematycznej, potem dołożyłam krem z filtrem. Wszystkie sprawdziły się świetnie. Moja skóra je pokochała.

pani swojego czasu

Do tego są pięknie opakowane i używam ich z prawdziwą przyjemnością. Cenowo są dość przystępne – szczególnie, że są naprawdę bardzo bardzo wydajne.

Teraz dorzuciłam do swojej kolekcji krem mocniej nawilżający o pomarańczowym zapachu – jestem pewna, że nie zrobi mi krzywdy, a może też się polubimy?

Książki

„Jadłospisy odżywcze”, Agnieszka i Mateusz Żłobińscy

Chociaż książka trafiła w me ręce dopiero w połowie grudnia, to zdecydowanie jest hitem roku. Usprawniła moje działania w kuchni, idealnie trafiła w moje smaki. Gotując z Agą i Matim jestem najedzona, nie mam ochoty na żadne niezdrowe zachcianki. Autorzy są genialni!

pani swojego czasu

Do tego przepisy są przedstawione w formie graficznej, więc z książki korzysta również Jużmąż, który nie zna polskiego. Dlatego wróżę dobrą zabawę w kuchni z mężami, niemężami, a nawet dziećmi.

Więcej o tej fantastycznej książce pisałam tu [ZOBACZ].

Zen Habits, Leo Babauta

To pierwsza książka, która zmieniła moje spojrzenie na nawyki. Okazało się, że ich tworzenie nie jest żmudną pracą, tylko może być przyjemnością, poszukiwaniem, zabawą.

Dzięki przepisom Leo Babauty codziennie uprawiam jakiś sport. Na Facebooku możesz śledzić moje postępy w poniedziałki, gdy piszę cykliczny post „Poniedziałek z nawykiem” [ZOBACZ – #poniedziałekznawykiem].

Naprawdę warto mieć ją w swojej biblioteczce. Więcej przeczytasz tu [ZOBACZ].

Zdrowie

Mi Band 2, Xiaomi – mój ukochany krokomierz

Aż trudno go zaliczyć jako Mistrza 2017, bo zaczęłam z niego korzystać dopiero 30 grudnia, ale chyba z żadnego innego gadżetu nigdy w życiu nie byłam tak zadowolona.

Wreszcie znalazłam prawdziwą motywację co codziennej aktywności fizycznej – wiem, że biegam i spaceruję dla zdrowia, a nie dla ścigania się ze sobą, rywalizowania, odhaczania kratek w habit trackerze. Wreszcie widzę, czy zrobiłam swoje 8 tysięcy kroków. I, co ważniejsze, wiem, po co to robię. Wiem, dlaczego biegam. Dlaczego się ruszam. Dla zdrowia.

pani swojego czasu

Wreszcie mogę powiedzieć: chce mi się! Chce mi się ruszać, cieszę się z postępów i bardzo ekscytuję każdorazowym osiągnięciem celu. A naprawdę się martwię, gdy praca przygwoździ mnie do biurka i nie dobiję nawet do tysiąca kroków. Bo wiem, że to nie jest dla mnie dobre.

Na pewno napiszę o moim boskim krokomierzu więcej. Ale już teraz bardzo polecam Ci zakup, jeśli szukasz motywacji do ruszenia się z kanapy!

Przyjemności

„L.Story”, L.STADT

Przyznam, że nie umiem dobrze pisać o muzyce. Nie wiem, dlaczego coś mi się podoba. Muzykę zdecydowanie czuję. I to serce mówi mi, czego chcę słuchać. A gdy usłyszałam L.Story podczas koncertu w łódzkim Teatrze Nowym, to wiedziałam, że przepadłam.

Gdy słucham tej płyty, to czuję motylki w brzuchu, a serce wyrywa się z piersi. Jest tak piękna, melodyjna, zaskakująca. Uśmiecham się przy niej bezwiednie. A do tego teksty Konrada Dworakowskiego, który już od wielu lat miesza na łódzkiej scenie teatralnej, a tu okazał się mistrzem słowa.

Podrzucam Ci utwór, który śpiewała cała Polska. Ale to tylko jedna perełka, bo każdy utwór zasługuje na uwagę. Ja od kilku dni „katuję” Pozwól zasnąć/Idzie sen – jestem zakochana.

Podzielę się z Tobą też elementem prywatnym związanym z płytą – z Łukaszem Lachem chodziłam do szkoły podstawowej. Już wtedy byliśmy nim zafascynowani, bo muzykiem człowiek się nie staje – muzykiem człowiek się rodzi. A Łukasz od zawsze był muzykiem.

Gdy chodzisz do szkoły muzycznej, to pytanie, które zadajesz po poznaniu kogoś nowego to: „na czym grasz?”. Jeśli chodzi o Łukasza, to zawsze było łatwiej powiedzieć, na jakim instrumencie nie gra niż wymienić te, na których grać potrafił. Był zakochany w muzyce i to chyba się nie zmieniło. A ja aż podskakuję ze szczęścia, że mogę się zakochiwać w jego muzyce ♡♡♡

Mam jeszcze w zanadrzu więcej L.Stadtowych historii, ale zachowam je sobie na kolejne genialne płyty, bo nie wątpię, że wiele ich przed nami.

Ludzie

Life Managerka

Bardzo późno zaczęłam się interesować blogosferą. Kiedy już to nastąpiło, to poczułam się zalana bardziej i mniej ciekawymi treściami. Odsiewanie ziarna od plew w internecie nie jest proste.

Na blog Agnieszki wpadałam wielokrotnie, ale na dobre zadomowiłam się, gdy zaczęłam obserwować ją na Instagramie [ZOBACZ]. Uwielbiam jej InstaStories – są zajmujące, ciekawe, zabawne. Mam do niej ogromne zaufanie – wiem, że poleca tylko sprawdzone rzeczy i nie podejmuje blogerskiej współpracy, jeśli nie jest w 100% przekonana do produktu. Świetnie pisze [ZOBACZ] i opowiada [ZOBACZ] o zdrowym stylu życia i slow life.

To dzięki niej kupiłam mój cudowny krokomierz, a teraz zainspirowana jej działaniami zaczęłam codziennie ćwiczyć jogę (codziennie od 1 stycznia! I nadal mi się chce!). Kto wie, może w domowym zaciszu dołączę do jej tanecznej soboty?

Marta Moosiątko Streng

Poznanie Marty to było przeznaczenie. W ostatniej chwili szukałam fotografa, który zrobi nam ślubne zdjęcia. W ostatniej chwili, bo datę ślubu mieliśmy potwierdzoną jakieś 4 tygodnie przed samym wydarzeniem. Więc presja czasu była ogromna. Wszyscy fotografowie byli zabukowani, a ci, którzy mieli wolne mieli je nie bez powodu, bo zdjęcia robili koszmarne. Horror nad horrorami. Już myślałam, żeby z fotografa w ogóle zrezygnować i poprosić koleżankę, żeby zrobiła nam jakieś zdjęcia swoim telefonem, a sesję zrobić w innym terminie – tak byłam zdesperowana.

I wtedy Veganama poleciła mi Martę Streng. Kobietę, której zdjęcia widziałam już nie raz wcześniej, ale nawet nie miałam śmiałości zwrócić się do niej z takim banałem, jak sesja ślubna. I to z takim krótkim wyprzedzeniem czasowym!

Jakimś cudem (przeznaczenie!) okazało się, że tę jedną sobotę Marta ma wolną, i jest w Sztokholmie, i chętnie zrobi nam sesję. Nie mogłam uwierzyć, gdy to czytałam.

pani swojego czasu

Do tego okazała się nieprawdopodobnie profesjonalną i hojną fotografką (do dziś nie wierzę, jak wiele zdjęć mamy i jak wszystkie są piękne! ZOBACZ i TU) a na deser – wspaniałą osobą. Po obejrzeniu jej zdjęć zrozumiałam, że fotografia to nie jakieś tam „pstryk”, tylko prawdziwa sztuka. Marta ma w sobie nieskończoną pasję i tonę ciepła. To wszystko widać w jej projektach – zerknij na jej Instagram [ZOBACZ] i konto na Facebooku [ZOBACZ]. Bajka, prawda?

Jeśli szukasz fotografa – łap Moosiątko, póki jeszcze możesz. Bo gdy będzie sławna na cały świat (a będzie!), to pewnie będzie trudniej z terminami.

.

Uff. To tyle. Mam nadzieję, że wśród moich ulubieńców 2017 roku znajdziesz coś dla siebie.

Ciekawa jestem, co u Ciebie było hitem? Bez czego nie możesz żyć? Co nowego odkryłaś? Czekam na Twoje rekomendacje ♡

Daria