Śmiertelni nieśmiertelni – książka, która zmieniła moje spojrzenie na raka

Po raz pierwszy zetknęłam się z książką „Śmiertelni nieśmiertelni” Kena Wilbera ponad 10 lat temu. W ramach dzielenia się dobrą literaturą poleciła mi ją przyjaciółka. Pamiętam, że zrobiła na mnie ogromne wrażenie, choć wtedy problemy, które porusza były mi bardzo odległe. Ot, spojrzenie na czyjeś życie, w bardzo intymnych sytuacjach, ale jednak opisanych ze smakiem i szacunkiem do głównej bohaterki. Po kilku dniach od usłyszenia mojej diagnozy wróciłam do tej książki. Tym razem jest cała pozakreślana: jako źródło informacji, ale również inspiracji.

Śmiertelni nieśmiertelni Ken Wilber - recenzja książki

Treya – jakość życia jest ważniejsza niż jego długość

Bohaterką książki jest żona Kena Wilbera, Treya, która umiera na raka piersi. Myślę, że ważne, aby zaznaczyć to na początku, bo to nie jest wesoła książka. Historia Trei wielokrotnie budzi nadzieję na dobre zakończenie i każdy nawrót choroby mocno chwyta za serce. To dobra ilustracja tego, jak nieprzewidywalnym schorzeniem jest rak. Wydaje mi się, że po usłyszeniu diagnozy nic nie jest już pewne. Dla mnie jest to ważna informacja: nie można sobie odpuścić, trzeba chwytać życie.

W tej recenzji napiszę tylko o dwóch rzeczach, które mnie mocno chwyciły za serce. Jednak to na pewno nie ostatnie spotkanie z Treyą. Duża część książki to urywki jej pamiętnika, które dają wiele inspiracji, ale także wiedzy o tym, jak podejmowała decyzje związane ze zdrowiem, dlaczego decydowała się na poszczególne terapie. Na pewno będę wracać w tekstach na blogu do jej przemyśleń.

„Więcej uwagi poświęcam życiu”

Treya wie, że jest śmiertelnie chora. Walczy do końca, ale jest pogodzona ze swoim losem. Chociaż wydaje się to pełne sprzeczności, to zupełnie takie nie jest. Wszyscy kiedyś umrzemy. Treya wie, że może stać się to wcześniej niż myślała. I robi wszystko, by czas, który jej pozostał przeżyć jak najlepiej. To nie znaczy, że nie ma nadziei – wręcz przeciwnie! Szuka terapii, pogłębia swoją wiedzę, rygorystycznie trzyma się narzuconego sobie trybu życia (dieta, medytacja, ćwiczenia). Ale nie ma w niej strachu. Albo może inaczej: strach jest coraz mniejszy, bo przecież nikt nie jest takim herosem, żeby nic nie robić sobie ze zbliżającej się śmierci.

To, co Treya wielokrotnie podkreśla to dbanie o jakość życia pacjenta, a nie długość. Oczywiście każdy chce żyć, jak najdłużej, ale nie każdy chce wegetować. To przesłanie jest mi bardzo bliskie. Po usłyszeniu diagnozy od razu pomyślałam, że nie chcę umierać przykuta do szpitalnego łóżka, zamroczona od leków przeciwbólowych, zupełnie niesamodzielna. Dla mnie to taki okrutny obraz – nie tylko dla pacjentki, ale też dla jej bliskich. Dobre życie to podstawa.

Film, który wklejam poniżej został nagrany kilka miesięcy przed śmiercią Trei. W tym bardzo krótkim wystąpieniu opisuje swoje podejście do choroby. A mnie chyba najbardziej wzrusza ten krótki cytat:

„Life is terminal […]

because I can no longer ignore death, I pay more attention to life”.

Treya’s Story: In Her Own Words from Integral Life on Vimeo

Jak się umiera?

Opis życia Trei dotyczy także samego końca: dwóch ostatnich dni, gdy umiera. Ten rozdział nie tylko bardzo mnie wzruszył, ale też zmusił do zastanowienia, jak bardzo kojarzę moment śmierci z tym, co pokazują mi filmy: zwykle bohaterowie prowadzą jakąś rozmowę, następuje chwila nieuwagi i pacjenta już z nami nie ma. Śmierć Trei wygląda zupełnie inaczej: ma czas na pożegnanie się z rodziną, odchodzi powoli, otoczona miłością, w spokoju. Nie trwa to 2 minuty, ale całe dwa dni. I jest to piękny czas. Piękny obraz umierania.

 

Ken Wilber – filozofia choroby

Ken Wilber jest jednym z bardziej popularnych myślicieli XX wieku. Jego filozofia łączy myśli Wschodu i Zachodu. Pisze dużo o duchowości, rozwoju duchowym, łączy naukę z religią. W książce zawarł wiele komentarzy do tradycji chrześcijańskich, hinduizmu, buddyzmu – były one ważne w rozwoju duchowym Trei i jego samego, jako osoby wspierającej. Są napisane w miarę przystępnym językiem i w mojej ocenie ciekawe: otworzyły mi kilka nowych pól zainteresowania. Jednocześnie książka jest tak sprytnie wizualnie złożona, że fragmenty filozoficzne można spokojnie pominąć. Osoby, które są zainteresowane tylko Treyą i jej chorobą nie będą czuły się filozoficznie „osaczone”.

Role osoby wspierającej

Oprócz roli filozofa w książce Ken Wilber naturalnie przyjmuje rolę osoby wspierającej. Musiał wejść w tę rolę bardzo niespodziewanie – Treya została zdiagnozowania zaledwie 10 dni po ich ślubie i 4 miesiące od momentu, gdy się poznali. Choć tutaj czas nie był ich sprzymierzeńcem, to przecież każdy wchodzi w rolę osoby wspierającej nagle – diagnoza zwykle przychodzi niespodziewanie.

Książka bardzo otworzyła mi oczy na to, jak trudna jest to rola. Pierwszeństwo ma zawsze, z oczywistych przyczyn, osoba chorująca na raka. To jej potrzeby są najważniejsze, wszystko jest podporządkowane jej leczeniu. A osoba wspierająca niesie ze sobą ogromny bagaż emocjonalny, z którym nie za bardzo wiadomo, co zrobić. Momentami Ken i Treya są dla siebie okrutni i dopiero terapia pozwala im uporać się z demonami. To bardzo pouczające spojrzenie na chorobę z tej drugiej strony. Myślę, że może przynieść wiele ukojenia tym, którzy musiały przyjąć rolę osoby wspierającej.

Śmiertelni nieśmiertelni – czy warto przeczytać?

To nie jest książka dla każdego. Gdy powiedziałam mojej przyjaciółce (tej, która poleciła mi książkę kilkanaście lat temu), że wracam do niej po usłyszeniu diagnozy, to zasugerowała, że może nie powinnam jej czytać. Bo jakby na to nie patrzeć, główna bohaterka umiera, nie ma szczęśliwego zakończenia. Dla mnie jednak przeczytanie książki niedługo po diagnozie było ważne z dwóch powodów. Po pierwsze, lubię wiedzieć, z czym się mierzę, jaki jest najczarniejszy scenariusz. Jeśli jestem w stanie się z nim pogodzić, to wszystko inne może być tylko lepsze. Historia Trei to taki czarny scenariusz. Po drugie, książka porusza ważne kwestie, bardzo bliskie mojemu sercu: jakość życia chorego, jego rozwój psychiczny i emocjonalny. Rak to trudna sytuacja, a w książce znajduje się dużo praktycznych wskazówek, jak sobie z nią radzić. Podczas tej lektury zwróciłam uwagę na trzeci, bardzo istotny aspekt: dramat osoby wspierającej chorego. Kenem targają bardzo sprzeczne emocje, bywa wspaniały, a czasem okrutny. Spojrzenie na raka z jego perspektywy dało mi dużo do myślenia.

Na pewno bardzo polecę książkę osobom, które nie chorują – choć została napisana ponad 20 lat temu, to nadal jest bardzo aktualna. Polecę ją też osobom podobnym do mnie – które są realistkami, wolą przygotować się na najgorsze.

Na pewno nie polecę jej osobom, które wolą patrzeć na życie przez różowe okulary. Jeśli chorują, to taka doza realizmu może być nadto bolesna. Myślę, że nie ma po co dokładać sobie zmartwień.

.

To na pewno nie moje ostatnie spotkanie z Kenem Wilberem na blogu. Będę wielokrotnie wracać do książki we wpisach blogowych, ponieważ jest ona bardzo inspirująca. I porusza wiele kwestii, które chciałabym przedstawić. Wszystkie nowe wpisy powiązane z książką „Śmiertelni nieśmiertelni” będę wklejała poniżej.

Daria

  • Bycie realistą mnie osobiście często pomaga w takich sytuacjach kryzysowych. Choć mnie osobiście nie dotknęła żadna ciężka choroba to już wielokrotnie musiałam mierzyć się z chorobą bliskich mi osób i to dla osoby, która ma być wsparciem też nie jest łatwe doświadczenie, choć pewnie zupełnie inne. Trudne opowieści mogą nauczyć nas wiele pokory wobec życia. Zapiszę sobie tytuł tej książki. Czuję, że mogłabym mi pomóc wiele zrozumieć, a może niektóre rzeczy, które tylko mi się wydają zmienić. 🙂

    Wszystkiego dobrego dla Ciebie ♥

    • Dziękuję ♡

      Z punktu widzenia osoby wspierającej to, co ta książka daje, to przyzwolenie na gorszy dzień. Na bycie zmęczonym chorobą. Na bycie wkurzonym na chorego 🙂 W końcu życie toczy się dalej, a emocji nie da się zupełnie odciąć.
      Z jednej strony myślałam w niektórych momentach, że straszna z Kena świnia – ale potem przychodziła refleksja, że on też ma prawo czuć.

      Tak że naprawdę bardzo polecam.

  • Nie znałem Kena Wilbera. Zastanawiam się jednak, czy chciałbym przeczytać tę książkę. Chyba nie mam sił i odwagi…

  • Myślę, że dróg radzenia sobie z chorobą jest tak wiele, jak wiele jest charakterów ludzi. Najważniejsze to znaleźć taką, która przyniesie pewnego rodzaju spokój. Dlatego też bardzo cenię tego typu literaturę, bo mimo że trudna, to jednak prawdziwa, opisująca fakty, a nie domniemania.
    W moim życiu było sporo trudnych momentów i najróżniejszych chorób, z którymi przyszło się mierzyć bliskim mi ludziom. Należę do bardzo bezpośrednich osób i często być może wydawałam się wyprana z emocji (mimo mocno uczuciowego charakteru), ale zachowania przynosiły efekty, a osoby chore otwierały oczy na wiele spraw….
    Jednak nie zawsze jest tak „różowo”, bo tak jak napisałam na początku – ludzie mają różne charaktery i różne podejście do życia.

    Pozdrawiam ciepło.

    • Tak, to prawda.
      Mam wrażenie, że wszystkie „trudne sprawy” w życiu – jak choroby, problemy finansowe – nadal są tematem tabu. Ja sama nie wiem, jak mówić o swojej chorobie, więc rozumiem, że wszystkim innym jest jeszcze trudniej. Ale czytanie o przeżyciach innych pomaga – przynajmniej w moim odczuciu. Można się z kimś utożsamić, sprawdzić, jak wyglądają rozwiązania, ale też zobaczyć, jak wygląda przebieg choroby.
      To wszystko są trudne tematy – ale mam nadzieję, że to tabu będzie się zmniejszać.

      • Bardzo bym chciała, by tabu zostało oswojone, ponieważ dokładnie tak jak piszesz – czytanie pomaga.