Moja droga do diety (prawie) roślinnej

Większość życia twierdziłam, że nie umiem gotować. Potem, że nie umiem przyprawiać. Aż w końcu wszystkie „nie-umiem” okazały się wierutną bzdurą. Że mi się nie chciało, nie wychodziło, brakowało cierpliwości, a czasem energii – to wszystko prawda. Dziś wiem, że KAŻDY umie gotować. A spędzanie czasu w kuchni (szczególnie we dwoje) jest fantastyczne.

W naszym domu prowadzimy kuchnię raczej bezglutenową i raczej roślinną – i takie treści znajdziecie na blogu. Nie wierzę w etykiety – dlatego nie nazywam części o jedzeniu blogiem wegańskim czy wegetariańskim. Nie chcę nikogo, a siebie szczególnie, ograniczać. Ani wdawać się w dyskusje, czyje rozumienie weganizmu jest lepsze. Jeśli ktokolwiek zdecyduje się zamiast jajka użyć w cieście siemienia lnianego, zamieni ser na kanapce na roślinną pastę do chleba, od czasu do czasu zajrzy do wegańskiej knajpki albo choć ograniczy spożycie mięsa to będzie moja wielka radość.

kuchnia wegańska zdrowa bezglutenowa

Kierunek: wegetarianizm

Moje pierwsze zetknięcie z wegetarianizmem było bardzo prozaiczne: wynikało z preferencji moich kubków smakowych i portfela. Na Erasmusie w Finlandii zdecydowanie taniej było kupić warzywa niż mięso. A w uniwersyteckiej jadłodajni opcja wegetariańska była zdecydowanie smaczniejsza. Kilka miesięcy na takiej diecie spowodowało, że po powrocie mięso przestało mi smakować. Tak po prostu. Więc nie zmuszałam się do jedzenia go, a rodzina całkowicie uszanowała mój wybór.

Jednak trzymanie się diety wegetariańskiej na początku XXI wcale nie było takie proste. W moim mieście była jedna wegetariańska knajpka: Greenway. W lecie wszyscy grillowali karkówkę. Na wyjazdy zabierali kabanosy. Po około 4 latach złamałam się i zaczęłam od czasu do czasu jeść mięso. Mimo tego, że nikt nie robił mi żadnych uwag, nie dziwił się, że moja dieta się zmieniła, źle się z tym czułam. Nawet nie tyle fizycznie, ile psychicznie. I ponownie zaczęłam się ograniczać. Mięso pojawiało się na moim talerzu, gdy nie miałam innego wyboru i podczas spotkań rodzinnych, żeby uniknąć debat o wyższości białka zwierzęcego nad roślinnym.

 

Wyzwanie: wiedzieć więcej

Zaskakujące, jak wiele osób jest „ekspertami” w dziedzinie żywienia. Ilekroć podczas szkoleń albo konferencji zamawiałam opcję wegetariańską (wtedy jeszcze nie wegańską) zawsze znalazł się „dobroduszny” człowiek, który informował mnie, że wkrótce zachoruję, a w przyszłości dietą zamorduję własne dzieci. I to tylko dlatego, że nie jem mięsa. Szczęśliwie na razie mam się dobrze, więc może ich przepowiednie się nie sprawdzą.

Im częściej musiałam brać udział w takich rozmowach, tym chętniej zaglądałam do literatury, aby dowiedzieć się więcej o tym, czy moje wybory żywieniowe są dobre. Wtedy przeczytałam „Zjadanie zwierząt” Jonathana Foera, poznałam blogi wegańskie, na youtubie znalazłam wykłady, które prowadził Gary Yourofosky. I jako prawie 30-letnia kobieta dowiedziałam się, że krowa (jak każdy inny ssak) daje mleko tylko po urodzeniu dziecka (do dziś nie mogę uwierzyć w swoją wcześniejszą naiwność…). Że hodowla ryb jest okrutna. Co dzieje się w kurczakami i kurami w masowej hodowli. A także co z naszym zdrowiem robią hormony i antybiotyki dodawane do zwierzęcej paszy. I już nie mogłam się dłużej usprawiedliwiać. Dieta roślinna stała się moim codziennym wyborem.

 

Wybór: dieta roślinna

Nie chcę być hipokrytką, więc nie powiem, że jestem weganką. Zdarzają mi się odstępstwa od diety. Nie jem mięsa ssaków i ptaków, nigdy i w żadnej postaci. Ale kilka razy w roku zdarza mi się zjeść rybę. Kiedyś działo się tak głównie podczas Świąt i oficjalnych kolacji. W tym roku po raz pierwszy w Wigilię nie mogłam przełknąć śledzia – zwyczajnie przestał mi smakować. Organizm powiedział „nie”. Więc nie planuję z nim walczyć. Pozostają mi oficjalne spotkania, podczas których nie zawsze mam wybór. Jednak i to się zmienia i coraz częściej pojawia możliwość zamawiania dań roślinnych. Oprócz tego, odkąd przeprowadziłam się do Szwecji mam słodką słabość: semla, czyli karnawałowe bułeczki kardamonowe wypełnione marcepanową masą i bitą śmietaną. Wybieram wersję ekologiczne, ale szukam roślinnego zamiennika i mam nadzieję, że wkrótce się nim z Wami podzielę.

W domu prowadzimy kuchnię w 100% roślinną. Nie widzę powodów, by wykorzystywać produkty odzwierzęce wtedy, gdy nie jest to konieczne – a tak naprawdę w kuchni nigdy nie jest. Istnieje tak wiele skutecznych pomysłów na zamienniki, że używanie jajek albo krowiego mleka wydaje mi się bez sensu. Na blogu nie pojawią się przepisy inne niż roślinne – bo myślę, że dieta wegańska jest jedyną, którą warto promować i popularyzować.

 

Dodatek: bez glutenu

Kilka lat temu do opcji roślinnej doszła także bezglutenowa, gdy okazało się, że mój Niemąż nie toleruje glutenu. A ja jeszcze nie oszalałam, żeby w dwuosobowym gospodarstwie domowym prowadzić dwie osobne kuchnie. Początki nie były proste, ale teraz szalejemy z przepisami na całego. Mnie zdarzają się odstępstwa – ale tylko w restauracjach czy podczas wizyt u rodziny i znajomych. W domu gotujemy i pieczemy bezglutenowo.

Najważniejsze spostrzeżenie: dieta bezglutenowa i roślinna upraszcza życie. Wizyta w sklepie to moment (etykiet na rukoli albo cieciorce nie czyta się zbyt długo). Sezon na warzywa trwa cały rok – i ciągle się zmienia. Dlatego nie trzeba być wybitnie pomysłowym, aby twórczo podchodzić do gotowania i próbować czegoś nowego. Gdy zna się podstawy, czas spędzony w kuchni znacząco się skraca.

.

Na blogu będę się z Wami dzieliła tylko sprawdzonymi przepisami – które zjedliśmy ze smakiem co najmniej kilka razy. Wszystkie będą roślinne i pewnie bezglutenowe. Opowiem też o pułapkach, w które wpadałam i rozwiązaniach, które pozwoliły mi się z nich wydostać.

.

Nawet jeśli jesteście zwolennikami tradycyjnej kuchni – spróbujcie czegoś nowego. Choćby po to, żeby mieć w swoim kulinarnym repertuarze pomysły na to, czym nakarmić bezglutenowych albo wegańskich gości. Wszystko, co znajdziecie u Mistrzyni Codzienności jest naprawdę pyszne.

.

Zdjęcia nie są moje. Dostępne na licencji CC0.

.

Daria