Subiektywnie o emigracji, czyli to, co kocham w Szwecji

Czas leci niesamowicie szybko. Czuję to szczególnie mocno mieszkając w Sztokholmie, bo nie wiadomo kiedy nagle okazało się, że jestem tu już 4 lata.

Pomyślałam, że to dobry moment na podsumowanie tego czasu: wiem, co mi się podoba, a czego mi brakuje. Lista na pewno nie jest kompletna – może Wy coś do niej dopiszecie?

Nie wiem, czy zostanę tutaj na zawsze, ale wiem już, co chciałabym ze Szwecji ze sobą przywieźć, a nawet rozprzestrzenić na cały świat. Wiem też, co chciałabym tu zaszczepić, bo sprawiłoby, że żyłoby mi się dużo, dużo lepiej.

Jak widać są plusy dodatnie i plusy ujemne mieszkania w Skandynawii. Postaram się zerknąć na jedne i drugie od pozytywnej strony. Dlatego wpis będzie miał 2 części: pierwszą o tym, co w Szwecji kocham, a druga o tym, co kocham w Polsce (i za czym tu tęsknię).

Jestem też bardzo ciekawa, co Wy w Polsce kochacie, a czego Wam brakuje – może jakieś szwedzkie rozwiązania okażą się inspirujące?

emigracja do Szwecji

Moja 10, czyli to, co kocham w Szwecji

Poczucie bezpieczeństwa

W Szwecji czuję się bezpiecznie. Nie wiem, czy ma to związek z faktycznym poziomem bezpieczeństwa, czy tylko moim wyobrażeniem o nim, ale czuję się zupełnie komfortowo idąc biegać zarówno o 5 rano, jak i 23 wieczorem.

Nie trzymam kurczowo torebki w środkach transportu.

Śmiało wyciągam komputer i czytnik e-booków w metrze, pociągu i parku.

Po prostu czuję się bezpiecznie.

Wiem, że w Polsce też można robić te wszystkie rzeczy (i ba, sama je robię) – i że zwykle nic złego się nie wydarza. Ale czuję się inaczej – częściej spoglądam za siebie, jestem bardziej czujna i działam ostrożniej. I tutaj mogę powtórzyć: nie wiem, czy ma to związek z faktycznym poziomem bezpieczeństwa, czy tylko moim wyobrażeniem o nim, ale w obu krajach czuję się inaczej.

Bliskość natury

Wystarczy 10-15 minut jazdy metrem, by znaleźć się w pięknych okolicznościach dzikiej przyrody.

W każdej dzielnicy Sztokholmu, w której mieszkałam mogłam zaplanować wybieganie nad jeziorem, które znajdowało się maksymalnie 10 minut od mojego domu.

Na spacerach często spotykam sarny i zające. Wszędzie (poza ścisłym centrum) jest zielono.

Wiosną cały Sztokholm tonie w kwiatach – wszędzie dziko rosną żonkile i bzy, jedno za drugim kwitną kolejne drzewa owocowe.

Wyjście do lasu to nie wyprawa, tylko zwykły weekendowy pomysł na spacer. Kocham to.

emigracja do Szwecji

Przyjazne urzędy

Pamiętam, jak pierwszy raz wypełniałam PIT roczny w Szwecji: nauczona doświadczeniem z Polski, że łatwo popełnić błąd, z którego potem trzeba się często i gęsto tłumaczyć, zatrudniłam księgowego. Wydałam na jego poradę całkiem sporą sumę. A jego praca sprowadziła się do wysłania mi linków, które wcześniej sama znalazłam i do potwierdzenia, że to urząd wszystko wyliczy za mnie. Hihi. Bułka z masłem.

W sytuacji, gdy popełnię błąd w wypełnianiu dokumentów spotykam się z dużą wyrozumiałością i założeniem, że jestem tylko człowiekiem, który ma prawo się pomylić albo nie zrozumieć przepisu, a nie przestępcą, którego należy karać i wlepiać mu grzywny.

Ta długo, jak chcę błąd naprawić i moje intencje są dobre, to urząd działa ze mną, a nie przeciwko mnie. To daje ogromny komfort w codziennym funkcjonowaniu.

Uważni kierowcy i szacunek do pieszych i rowerzystów

Mam tutaj tak duże zaufanie do kierowców, że prawie przestałam się rozglądać wchodząc na przejście dla pieszych.

Samochody naprawdę zatrzymują się, gdy tylko widzą pieszego zbliżającego się do jezdni. Jeżdżą powoli. Na ogół szanują przestrzeń rowerzysty (ale to akurat nietrudne przy tej ilości ścieżek rowerowych).

Myślę, że to nie tyle kwestia przepisów, co filozofii życia i myślenia o innych.

Tłumaczył mi to zaprzyjaźniony Duńczyk, który wiózł mnie na lotnisko. Jechał bardzo powoli i przepraszał, że nie może przyspieszyć, choć wie, że mamy mało czasu, ale on wie, że w każdej chwili na drogę może wpaść dziecko lub pies. A jego obowiązkiem, jako kierowcy, jest zapewnienie im bezpieczeństwa, więc musi jechać ostrożnie. Bardzo mi się to podoba. I teraz sama też o tym myślę wsiadając za kółko.

Drzewa owocowe w mieście

Kocham je wiosną, latem i jesienią – rosną wszędzie.

Wyglądają bosko, gdy kwitną, a potem dają piękne owoce, które lądują na szwedzkich stołach.

Uwielbiam wycieczki na jabłka i gruszki. Ze zdziczałych robię ocet, a te zwykłe lądują w wypiekach i koktajlach.

Pycha.

emigracja do Szwecji

Mleko owsiane dostępne WSZĘDZIE (no, prawie)

Przyjeżdżając tutaj jako miłośniczka kuchni roślinnej wiedziałam, że nie będę miała problemu z kupieniem produktów roślinnych w supermarketach, ale to, że mleko owsiane dostępne jest w każdej kawiarni oraz studenckiej stołówce, a jogurty sojowe w małych marketach osiedlowych nie lada mnie zaskoczyło.

Najbardziej popularna marka to oczywiście Oatly – większość produktów ma fantastyczne składy, a ich opakowania potrafią rozbawić do łez.

Ku mojemu zdziwieniu: wiecie, kto nie ma w ofercie mleka owsianego? IKEA! Nie mogę się nadziwić, bo przecież mają w ofercie coraz więcej produktów roślinnych. Czekam więc z utęsknieniem na ikeowską białą kawę podczas zakupów.

Dobre wynagrodzenia

Wszyscy wiedzą, że zarobki w Szwecji są wysokie, ale niemałe są też koszty życia. Począwszy od horrendalnych czynszów, przez niebotyczne ceny w restauracjach, na transporcie miejskim skończywszy. Jest drogo. Ale mimo to pensja starcza na dobre życie.

I wakacje.

I przyjemności.

Ludzie pracując są po prostu zadowoleni – i nie ma znaczenia, czy pracują na uczelni czy w sklepie lub kawiarni – pensja zawsze jest godna.

A gdy nie trzeba się martwić o stan finansów i liczyć, na co wystarczy, to można łatwiej odpuścić. I nie stresować się.

Wszechobecny język angielski

Mam za sobą mieszkanie z nie-polskojęzycznym-wtedy-jeszcze-Niemężem w Polsce i przeprowadzkę
nie-szwedzkojęzycznej-mnie do Szwecji. I widzę ogromną różnicę. O ile ja od początku jestem raczej samodzielna (a Jużmąż jest tylko pewnego rodzaju językowym „backupem” na wszelki wypadek), to on bez języka był w Polsce prawie zupełnie ubezwłasnowolniony.

W Szwecji po angielsku można pracować, żyć, załatwiać sprawy w urzędzie, chodzić do lekarza.

To nie oznacza, że znajomość szwedzkiego nie pomaga – o, wręcz przeciwnie. Znajomość języka wiele ułatwia – zaczynając od życia kulturalnego (teatr!), a na towarzyskich spotkaniach kończąc. Ale codzienność bez języka jest jak najbardziej do zniesienia.

Miłość do sportu

Szwedzi masowo uprawiają sport. Wszyscy, których znam. I to nie tylko bieganie (pozdrowienia dla wszystkich biegaczy!), jazdę na rowerze albo wieczorne wyjścia do siłowni. O nie! Zimą zakładają biegówki oraz jeżdżą na łyżwach po zamarzniętym jeziorze. Baseny są pełne ludzi w każdym wieku. Wszędzie można spotkać korty do gry w badmintona. W szkole, która znajduje się nieopodal nas, non-stop widać dzieci robiące coś sportowego: królują gry zespołowe i biegi (też przez płotki), ale przez szybę widzimy też zajęcia jogi na sali gimnastycznej.

W ramach swojego etatu każdy może poświęcić godzinę w tygodniu na zajęcia sportowe – i wielu moich współpracowników naprawdę to robi (nawet w środku dnia pracy).

Raz na ścieżce rowerowej widziałam pana w bobsleju.
Tak.
Bobsleju.

Gdy w Gamla Stan pada śnieg, to Zamek Królewski zamienia swój podjazd w mini stok narciarski. I mieszkańcy chętnie z niego korzystają.

Sport jest szwedzką codziennością, od dziecka. Nikogo nie dziwi wyskoczenie na zumbę ani zimowe pobudki o 5 rano, żeby wyjść na biegówki przed pracą. Aż się chce być tego częścią.

Długie lato

Białe noce to coś, o czym zawsze marzyłam. Dzięki temu, że od wiosny aż do jesieni dni w Sztokholmie są długie, wydaje się, że można zrobić więcej.

Długo po wyjściu z pracy jest jasno, więc miło jest spacerować i spędzać czas na świeżym powietrzu.

Do tego bardzo wcześnie robi się jasno, więc poranne bieganie i medytacja na dworze są przyjemnością.

.

Bardzo bym chciała, żeby te elementy życia pojawiały się wszędzie, gdzie mieszkam. W każdym kraju i mieście. Bardzo uprzyjemniają mi życie.

 

A co z Wami najlepiej rezonuje?

.


PS: Na początku w tekście był jeszcze jeden punkt: brak bezdomnych zwierząt na ulicach. Niestety nie jest mi łatwo bezrefleksyjnie się tym zachwycać.

To temat kontrowersyjny. Szwedzi mają wiele przepisów, które dokładnie wskazują, jakie warunki trzeba zapewnić zwierzęciu (np. jak długo pies może sam przebywać w domu). Widzę wiele pięknych, zadbanych i wychowanych psów, które zawsze w pobliżu mają swojego opiekuna. Przez 4 lata nie widziałam ani jednego zwierzaka, który potrzebowałby pomocy albo biegałby samodzielnie.

Niestety jest druga strona medalu: brak bezdomności wynika także (obok odpowiedzialności opiekunów) z tego, że niechciane zwierzęta są usypiane u weterynarza. Gdy dowiedziałam się o tym, to serce mi pękło.

Dla mnie obie sytuacje – porzucanie, jak i usypianie bez wskazań medycznych – są nie do pomyślenia. Które zło jest mniejsze? Nie potrafię wskazać.


Jak widać w Szwecji nie jest idealnie. O tym, czego mi tu brakuje napiszę w kolejnym wpisie.

Daria