Koncentracja na procesie, czyli co robić, gdy cele demotywują

Od dawna mierzę się z rzeczą, która bardzo utrudnia mi zarządzanie czasem: wyznaczone cele mnie demotywują. Kiedy mam konkretny cel przed sobą, szczególnie, jeśli jest ambitny, to mam ogromną ochotę wycofać się z jego realizacji. Odpuścić. Mimo tego, że jego wypełnienie może przynieść mi radość i profity.

Jednocześnie żyję w świecie, w którym realizacja celów jest podstawą działania. W pracy jedno spotkanie oznacza umówienie kolejnego, na które trzeba się przygotować. Wciąż gonią mnie terminy: trzeba skończyć raport, napisać propozycję artykułu. Na czas. Blogerzy radzą, by publikować minimum dwa teksty tygodniowo, bo bez tego czytelnicy uciekną. Teorie każą mi być SMART i bardzo konkretnie opisywać to, co zamierzam osiągnąć.

To nastawienie na realizację celów powoduje, że często działam zadaniowo i staram się odhaczyć wszystkie rzeczy z codziennej listy zadań. ODHACZYĆ. Żeby już ich nie było. Żeby nie przepisywać ich na kolejny dzień. Jak na studiach: zakuć – zdać – zapomnieć. Byle do przodu.

cele mnie demotywują

Medytacja to strata czasu?

Nie zapomnę uczucia, które wywoływały we mnie lekcje jogi. Była ona jedną z rzeczy na liście zadań. Niby dla siebie, dla zdrowia, dla przyjemności, ale jednak koniecznie minimum dwa razy w tygodniu. Chodząc na jogę odhaczałam kolejny punkt dnia. I wszystko było super, tak jak powinno. Nie mogłam zrozumieć tylko ostatnich minut zajęć: wyciszenia, leżenia pod kocem przez kilka minut, czyli krótkiej sesji medytacji. Nie zapomnę myśli w głowie: jak ta joginka może sugerować mi, że powinnam skupić się na oddechu i o niczym nie myśleć?? Przecież to STRATA CZASU! Przez te kilka minut pod kocem mogę zaplanować dalszy ciąg dnia albo zdecydować, co zjem na obiad. Dobrze, że wtedy telefony komórkowe nie łączyły się z Internetem, bo pewnie marzyłabym, żeby na te kilka minut pod kocem przyniesiono mi komórkę, żebym mogła zająć się swoim ważnym życiem.

Zaczęłam się nad tym zastanawiać, gdy telefon od przyjaciółki powodował stres, że rozmawiam z nią, chociaż to nie było zaplanowane i mogę się nie wyrobić z listą zadań. Czyli: marnuję czas. Tak, rozmawiając z przyjaciółką, pielęgnując tę relację czułam, że marnuję czas.

Zaczęłam dostrzegać, że często zdarzało mi się prosić o rachunek w restauracji zanim skończyłam jeść posiłek – żeby oszczędzić jak najwięcej czasu. Że podczas wakacji nie czerpałam przyjemności z odkrywanych miejsc, tylko planowałam kolejne dni chcąc odhaczyć jak najwięcej miejsc z listy. Albo moim jedynym planem było leżeć w pokoju, nie wychodzić, nie przeżywać, zamknąć się z książką i nie doświadczać nowości. Mieć święty spokój. A może odpocząć wreszcie od tej pogoni za kolekcjonowaniem kolejnych doświadczeń?

Przestałam czerpać radość z wykonywanych czynności. Przede mną były tylko cele, na które składała się cała masa zadań do odhaczenia. Ważna była publikacja tekstu, a nie proces jego tworzenia. Zjedzenie posiłku, a nie przygotowywanie go. Wyjście do teatru, a nie bycie całą sobą w przedstawieniu. Zobaczenie atrakcji turystycznych, a nie czerpanie przyjemności z podróży.

A wszystko to w sytuacji, gdy cel mnie demotywuje. Gdy muszę codziennie walczyć z prokrastynacją, czyli odkładaniem na później, bo naprawdę „nie-chce-mi-się”.

A co jeśli cele mnie demotywują?

Nowe spojrzenie na taką codzienność dało mi spostrzeżenie, że być może realizacja celów nie leży do końca w mojej naturze? Może jest inny sposób życia? Zaraz potem przyszło pytanie: czy możliwe jest minimalizowanie realizacji celów, a skupianie się na czymś innym? Podświadomie czułam, że tak. Musiałam tylko znaleźć odpowiedź na to ważne pytanie: na czym?

Odpowiedź przyszła wraz z bieganiem. Na początku czułam radość z każdego treningu. Odbywałam je z przyjaciółką – więc nie zawsze do końca chodziło o bieganie, ale raczej o wspólnie spędzony czas. Każdy trening był przyjemnością i odpuszczałam tylko wtedy, gdy padało. Ale w pewnym momencie zaczęłam myśleć o startowaniu w zawodach – to naprawdę ogromny fun. Mierzenie się z samą sobą. Na każdych zawodach – życiówka (każdy tak ma na początku). Endorfiny szaleją. A potem widzisz, jak znajomi biegacze trenują coraz więcej, dołączają do drużyn, jeżdżą na obozy biegowe, są coraz szybsi, pytają cię o wyniki i kolejne cele biegowe. Wtedy już nie chodziło mi o spotkanie z przyjaciółką, o radość z samego doświadczenia biegania – tylko nawet tu wkradły się cele. I odebrały mi radość. Bo czułam, że muszę im sprostać. Że inaczej zawiodę. Tylko kogo? Znajomych? Siebie?

Doszło do tego, że nawet włączenie Endomondo powodowało u mnie demotywację – co wiedziałam, że jeśli nie pójdę na trening, to będzie widać dziurę w moim planie biegowym. I będę mogła sprawdzić, czy biegam wystarczająco szybko. Nie chciałam się zatrzymywać podczas treningu, żeby zrobić zdjęcie w cudownej okolicy, bo traciłam cenne sekundy. Mało funu. Sporo stresu. W czynności, która miała dawać mi przyjemność. Bez sensu.

Dopiero przewartościowanie biegania i odpowiedź na pytanie „po co ja to w ogóle robię?” sprawiła, że na nowo zaczęłam czerpać przyjemność z treningów. Już wiem, że chcę biegać dla zdrowia. A konkretnie: chcę codziennie przejść minimum 8.000 kroków (tak zaleca WHO), a bieganie mi w tym tylko pomaga. Niby to jakiś cel, ale nie jest sztywny. To raczej dbanie o zdrowie, obserwacja siebie, a nie coś do odhaczenia na liście zadań. Wykasowałam z telefonu Endomondo, zostawiłam tylko bransoletkę, która zlicza moje kroki [ZOBACZ]. I od tamtej pory znów cieszę się z biegania. Jak dziecko. I chętnie zatrzymuję się, by uchwycić aparatem piękne miejsca – co potem możesz obejrzeć na moim Instagramie [ZOBACZ].

Zmiana stylu życia

Odkryłam, że to samo mogę zrobić w innych dziedzinach życia. Gdy czytam tekst, który będzie mi potrzeby do pracy, to nie staram się tego zrobić jak najszybciej i wyłuskać informacje, które będą mi potrzebne, tylko daję sobie przestrzeń i czas, żeby delektować się procesem czytania. Żeby chłonąć ten tekst. I praca znowu zaczęła mi sprawiać przyjemność. Kiedy piszę tekst na blog, to pozwalam pomysłowi dojrzewać we mnie przez jakiś czas, a potem czerpać przyjemność z zabawy językiem, bez deadline’u.

Oczywiście nie zawsze jest to możliwe – są terminy nieprzekraczalne. Ale są też takie, które można zawalić. I wiesz co? Nic się wtedy nie dzieje – to dla mnie odkrycie na miarę Kolumba. Są też sytuacje, gdy na deadline można przygotować mniej niż było zaplanowane. I to też bardzo często jest ok.

Skupienie uwagi na procesie daje dużo więcej spokoju i radości z wykonywanych zadań. To nie jest ani trochę proste – nie w sytuacji, gdy większość życia przeleciała na dążeniu do konkretnych celów. Ale naprawdę warto zmobilizować się do tej zmiany.

Nie jestem w tym jeszcze doskonała. Pewnie nawet nie jestem dobra, bo często łapię się na tym, że skupienie na celach wygrywa. Ale staram się pilnować. I bardzo mi się to nowe podejście podoba.

Koncentracja na procesie to wyraz kobiecej energii

Gdy pisałam ten tekst, to zupełnie przypadkowo trafiłam na wystąpienie Michelle Miller podczas TEDxAmsterdamWomen:

 

Michelle stawia śmiałą tezę, że świat skonstruowany jest po męsku: to męskość skupia się na celach i rezultatach. Kobiecość to doświadczenie, koncentracja na procesie. Nie na wyniku meczu, nie na zdobywaniu szczytów. Kobieca energia pozwala czerpać przyjemność tylko z oglądania albo rozgrywania meczu i samej wspinaczki.

Oczywiście nie chodzi tutaj o wprowadzenie podziału na płeć: mężczyźni są tacy, a kobiety inne. Bo przecież jesteśmy różni: są wśród nas męskie kobiety i kobiecy mężczyźni. Myślę, że Michelle ma na myśli pewien rodzaj energii: męskość i kobiecość. Żyjąc w męskim świecie trudno jest pielęgnować w sobie kobiecość.

To odkrycie dało mi dodatkowy poziom zrozumienia: tak, czuję, że to rozwiązanie właśnie dla mnie. Że nie chodzi mi o wyniki, o bycie najlepszą, o realizację celów. Już rozumiem, dlaczego to wszystko mnie demotywuje. Potrzebuję skupić się na procesie, czerpać radość z wykonywanych czynności, bez zastanawiania się, do czego mnie to poprowadzi.

Nadal mam listę zadań do wykonania i kalendarz – bo części rzeczy nie przełożę, niektóre terminy muszę dotrzymać. Ale jest ona bardzo krótka. Jej wykonanie nie zajmuje mi więcej niż 3 godziny dziennie. Pozostały czas daję sobie na bycie. Bycie w procesie. Czerpanie przyjemności z tego, co robię, a nie z odhaczenia punktu na liście zadań. Czasem prowadzi mnie to donikąd – ale dzięki temu jestem bogatsza o nowe doświadczenie. I uczę się uważności.

Jeśli czujesz, że Ciebie cele również demotywują, to daj sobie przestrzeń, w której będziesz mogła nastawić się na proces, a nie na wynik. Może to otworzy przed Tobą nowe możliwości?

Zdjęcie Elliott Chau, CCO

Daria